wtorek, 18 czerwca 2019

Jej cień nie chciał usiedzieć w miejscu

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Obudziłem się, wstałem, podrapałem po głowie, karku oraz plecach, po czym założyłem szlafrok. Podreptałem do kuchni i nastawiłem elektryczny czajnik. Gdy woda się zagotowała, zrobiłem sobie kawę. Nie smakowała zbyt dobrze, ale rozbudziła mnie na tyle, bym był w stanie dowlec się jakoś do pracy. Pracuję w bufecie pewnego biurowca. Przed wyjściem poprawiłem jeszcze włosy i umyłem zęby. Nie golę się, bo z zarostem całkiem mi do twarzy.
Nie mam samochodu, więc dojechałem na miejsce tramwajem.
Przez większość dnia było dość nudno. Obsługiwałem ekspres do kawy, podawałem kanapki, czasami jakieś słodkie bułki. Z radia dochodziła muzyka, zagłuszając i tak już ciche rozmowy. Gdy ktoś ziewnął, ja również to zrobiłem.
I wtedy nagle weszła dziewczyna. Nie miała białej koszuli, więc z pewnością tu nie pracowała. Zamiast tego nosiła takie długie, sweteropodobne coś. Żarówiasto żółte w dodatku. Pod spodem koszulkę z jakimś bohomazem, pewnie z Cartoon Network. Różowy pasek z królikiem na zapięciu, zdecydowanie zbyt krótką spódniczkę.
I buty na przewielkich platformach. Matko, jaki festyn.
Rozejrzała się. Z jakiegoś powodu pokazała mi język. Tkwił w nim kolczyk.
Zapomniałem wspomnieć o jej włosach, które miały znacznie więcej kolorów niż jeden, a nawet więcej niż sześć. I o tatuażach. I o tunelach w uszach.
Wyglądała jak koszmar rodzica kwitnącej nastolatki.
Ale przyciągała uwagę. Usiadła przy stoliku, po turecku, kołysząc się na krześle. Rozglądała się wokół i sprawiała wrażenie, jakby w każdym kącie bufetu znajdowało się coś ciekawego. Co chwilę przechylała śmiesznie główkę, kontemplując z uwagą.
Wreszcie podeszła i spytała, czy mam może kakao.
- Czekoladowe cappuccino - zaproponowałem.
Powiedziała, żebym wpuścił do środka odrobinę cytryny, a potem zamieszał siedemnaście razy w lewo i trzynaście razy w prawo. Nie wiem czemu, ale dokładnie tak zrobiłem.
Napisała coś w telefonie (był czerwony w czarne kropki) i czekała dalej, a ja czekałem wraz z nią. Wreszcie nadszedł jakiś starszy facet. Zupełnie typowy, w białej koszuli, zmęczeniu na twarzy i lnianych granatowych spodniach. Usiadł naprzeciw niej.
- Wszystkiego najlepszego, tato! - pisnęła wtedy głośno jak cholera.
- Przyszłaś specjalnie, żeby mi to powiedzieć? - zapytał zdziwiony mężczyzna.
- No ba. Wyszedłeś, zanim wstałam. Wiem, że mogłam napisać, ale szkoda mi neta na ciebie. No i musisz oszczędzać te stare oczy.
Znów pokazała język. Potrajkotali przez chwilę, dopiła napój i poszła.
Zostawiła na podłodze tęczowe ślady. Gdy ja wychodziłem, starałem się po nich stąpać.

***

Następnego dnia obudziłem się i przeciągnąłem. Potrzeszczałem troszkę głośno, aż wszystkie kości ułożyły się wygodnie, mrucząc z zadowolenia. Potem wygrzebałem zaspanie z włosów na głowie, pod pachami i w kilku innych miejscach. Otrzepałem palce i kazałem zaspaniu się schować, by wieczorem znów mogło wejść do mnie przez ucho.
Owinąłem się szlafrokiem, puchatym i mięciutkim. Popatrzyłem w lustro. Wyglądałem przytulnie, jak bok drzemiącego psa. Pyknąłem sobie elektryczny czajnik, a gdy on odpyknął, pyknęliśmy sobie wspólnie kawkę. Była gorzka, smakowała jak cmentarz i przez chwilkę żałowałem, że nie kupiłem ciut lepszej. Ale nic to - ważne, że dawała power.
Poprawiłem włosy, umyłem zęby, a gdy gulgotałem, starałem się robić to jak najdłużej, w wyniku czego oplułem sobie bluzkę. Było warto. Pobiłem swój rekord.
Nie ogoliłem się, bo piękniej i tak już wyglądać się nie da.
Do pracy pojechałem tramwajem. Lubię to robić. Patrzeć przez okno na biegnący świat, spieszący się gdzieś nieziemsko, jak biały królik z zegarkiem. Myślałem o jego norce, patrząc na okna piwnic. Widziałem, jak jakiś kot w niej zniknął.
Wtedy dotarło do mnie, że będę miał dobry dzień.

17.12.2016

sobota, 2 lutego 2019

Czasami siadam sobie na parapecie i wpatruję się w jedyną gwiazdę, którą widać na niebie, a gdy nie widać nawet jej, siedzę na parapecie i rysuję kółka w zeszycie


Pocieram jedną różową włochatą skarpetką o drugą różową włochatą skarpetkę. Zastanawiam się, jak znaleźć drugą gwiazdę na prawo, skoro na niebie widać tylko jedną. I gdzie mogłabym znaleźć tak duży zapas wróżkowego pyłu, żeby wystarczył mi na wiele godzin przekopywania się przez smog.
Ten zeszyt to tak naprawdę nie zeszyt, tylko szkicownik. Taki ze specyficznego, szorstkiego papieru; co u góry ma taką spiralę, która sprawia, że kartki przekłada się jak w kalendarzu. A węgielkiem nie rysuję w nich kółek, a bańki mydlane, które wypuszczam pod wodą, jak Spongebob Kanciastoporty. Płyną powoli, zygzakiem, w stronę powierzchni. Moje maleńkie pęcherzyki powietrza. Ktoś pomyśli, że to ostatni oddech tonącego i rzuci się na ratunek. Znajdzie tylko mnie i odrobinę się rozczaruje, ale będzie też szczęśliwy, bo próbował zrobić coś dobrego.
Ja też czasem próbuję, ale kończy się co najwyżej na dość dobrej kanapce.
Mama mówiła, że mam serce po dobrej stronie, tylko ręce dwie lewe i dlatego z dobrych chęci wychodzą przeciętne skutki. Ojciec mówił za to, że wychodzi tylko po papierosy, ale to już odrobinę inna historia. Ważne, że oboje kłamali.
Z moimi rękoma jest wszystko w porządku. Serce mam jakoś tak bardziej na środku, jak zresztą każdy człowiek. To nic, że po lewej stronie lepiej czuć, że bije. Ono jest po prostu trochę wygięte w lewo, to wszystko. Nie znajduje się za żadną niewidzialną granicą. Problem nie leży w nim, czy w dłoniach, czy nawet nie w mózgu, tylko zwyczajnie w oczach.
Strasznie często je przymykam. Ot tak, żeby patrzeć bezpiecznie przez rzęsy. Wszyscy myślą, że śpię, ale ja obserwuję. Nie dostrzegam nic ciekawego, ale czuję delikatne ciepło w środku, jakby wszystko było jak należy. Jak wtedy, gdy jesteś małym dzieckiem i próbujesz zasnąć, a obok siedzi najbliższa ci osoba - mama, tata, wujek, czy ktokolwiek inny - i opowiada ci bajkę. Albo tylko siedzi i mówi, żebyś nie bał się jutra. A ty mu wierzysz, bo wasze oddechy się synchronizują.
Ale w końcu otwieram oczy i muszę dołączyć do świata. A wtedy ciepło znika tak szybko, jak tylko się pojawiło. Tej jednej, jedynej gwiazdki na niebie znów nie widać, bo przykryły ją śmieci, co ludzie palą nimi w piecach. W bańkach nie ma refleksu światła, który popycha je w trzy wymiary, więc pękają zawstydzone swoją płaskością. W takich chwilach żałuję, że Ziemia jest okrągła.
I w końcu wstaje świt. Czasami jest różowy jak poranna herbata z dzikiej róży, ale w takie dni jak dziś, przypomina płat różowego mięsa, jeszcze nieco miejscami sinego.
A ja biorę proszki i idę spać, bo jutro trzeba wstać do pracy.
30.01.2019

piątek, 30 listopada 2018

Gdybym była jeszcze piękniejsza, nazywałabym się Hepburn


Zawsze myślałam, że nieoszlifowane diamenty nie różnią się wiele od tych z pierścionków zaręczynowych. Jeśli już, to co najwyżej kształtem. Sądziłam, że mniej przypominają te błękitne pięciokąty, które kupujesz w grach na komórkę obok złota czy dolarów albo przesuwasz po trzy w rzędzie. Że są chaotycznymi bryłami, ale wciąż pięknymi, wciąż lśniącymi, wciąż pasującymi do perfum Chanel i złotej ery Hollywood (rasistowskiej, ale chociaż pięknej).
Okazało się, że to nieprawda. Nieoszlifowane diamenty bardzo ciężko odróżnić od zwykłych, szarych kamyków, które wpadają czasami do buta i doprowadzają do szału.
Ja chyba jestem takim diamentem (albo zwykłym kawałkiem nudnej skały). Tyle że mnie nie znajdziesz w skropionej krwią kopalni, gdzieś w Afryce, a na warszawskiej Pradze, zaraz za kioskiem Ruchu, obok starej gazowej latarni, którą ktoś przerobił na elektryczną. Leżę sobie pod stertą gnijących liści (lub trupów) i egzystuję (lub bardzo powoli znikam).
Wypłukuje mnie woda. Słona, trochę słodka, jak pot z czoła.
Kiedyś leżałam gdzieś indziej - na chodniku przy Starym Mieście. Nie tam, gdzie chodzą turyści, grajkowie i niespełnieni malarze. Tam, gdzie nie chodzi absolutnie nikt. W jedynej uliczce, w której nie sprzedają zapiekanek, lodów, ani nawet nie można zrobić sobie zdjęcia z żadnym desperatem pomalowanym na złoto. W takiej gdzie znika klimat festynu, a zostaje chłód kamienic.
Leżałam tam, wśród kocich łbów. Wpasowywałam się w krajobraz.
Byłam całkiem szczęśliwa. Fakt, nikt nie mógł mnie tu zauważyć, nikt nie dostrzegł we mnie diamentu, ale nikt też nie odkrył, że piersi mam bardziej płaskie niż jędrne, a sutki bardziej rozlane niż zalotnie sterczące. Że moje usta są wąskie, a biodra wręcz przeciwnie. Że mój tyłek nie kręci się, a trzęsie, a oczy nie błyszczą, tylko blakną, matowieją, niczym schnąca ściana.
Nikt mnie nie kopnął. Nie zgasił o mnie papierosa.
Moim jedynym towarzyszem był rozkładający się trup pisklaka. Takiego łysego, zmarłego ledwie kilka chwil po wykluciu. Z sinymi, wyłupiastymi oczami, przypominającymi piłeczki pingpongowe. Z przezroczystym dziobem, koślawymi nóżkami, skrzydłami jak u oskubanego kurczaka. Wyglądający tak wstrętnie, że nie zjadły go ani koty, ani inne ptaki. Nawet muchy trzymały się z daleka.
Ja zaś patrzyłam na niego i myślałam, jak pięknie prezentowałby się na niebie, w promieniach słońca kluczących między jego lotkami, dodających jego piórom jeszcze więcej barw. Jak wspaniale by błyszczał, gdyby los dał mu szansę. Gdyby nie skończył na tej cholernej ulicy.
Pewnego dnia zniknął. Zostawił mnie samą, w moim własnym kącie.
Szukającą najbladszego błysku diamentu.
11.7.2018 

Trzy posiłki dziennie


papierosy

Mój pokój hotelowy ma numer 27, a to dokładnie tyle, ile mam zębów oraz lat na karku. Śmierdzi w nim twoimi perfumami, chociaż nigdy w nim nie byłaś. Firanki są trochę żółte, nie pomagają nawet proszki starszego z Chajzerów, ani wywieszki, że prosimy raczej nie palić, chyba że państwo bardzo chcą. Na stole leży cerata, która wydaje się mokra, nawet gdy jest sucha.
Naskórek dziesiątek osób opierających o nią łokcie przykleił się już na amen. Kiedyś była w kwiaty lotosu, teraz przedstawia martwe ropuchy wypychane na powierzchnię stawu.
I wszędzie te kółka po kawie, co to obsługa wzrusza ramionami, gdy zdecydujesz się o nich wspomnieć. To nie hotel, skarbie. To wehikuł czasu napędzany szklankami w koszyczkach.
To mieszkanie mojej babci, która mogłaby własną krew sprzedawać jako alkohol dla gimbusów. Zamiast tego miesza: pół kranówy, pół spirytusu z Biedronki. Wstrząsa w butelce po oranżadzie i wyszczerza czarne dziąsła, pocierając coraz większy nos.
Gdzieś tam jesteś ty, kochanie. Pod stołem, pod wszystkim, drapiąc w dno od spodu.

paroksetyna

Moje miejsce u psychiatry to trzecie krzesło od okna (przy zachodniej ścianie). Zawsze czekam tam na swoją kolej, która zawsze nadchodzi dużo później, niż zapisała pani w recepcji. Siedzę sobie spokojnie, a wszyscy gapią się na mnie, tak jak ja gapiłem się na nich, gdy myślałem, że do czubków przychodzą ludzie podobni do łotrów ze "Scooby Doo".
No cóż, skucha. To głównie mili emeryci. Wpadają po recepty, kłócą się, kto był pierwszy i zaczepiają rozmową o niczym. Lub wpatrują się we mnie, bo nigdy nie widzieli dwuwymiarowego człowieka, zbitki kilku wyblakłych pikseli. Wychowali się jeszcze przed Pegasusem.
Powiedz im, skarbie. Powiedz, że minimalizm jest w modzie.
Czasami przychodzą też studenci (lub przynajmniej ludzie w ich wieku). Oni się nie gapią, bo nie chcą być widziani. Wiedzą, że bycie tutaj piętnuje, a ta poczekalnia różni się od innych, choć wszyscy włożyli kupę pracy, by udawać, że jest zupełnie taka sama.
Nie jest, moja droga. Rak to nie demon w głowie, choć od obu bolą czasem stawy, zwłaszcza te od chodzenia prosto. Rak śmierdzi chemią, a nie twoimi perfumami.

paznokcie

Wiesz, że dość często się niepokoję. Nerw całkiem mnie wtedy wypełnia, wlewa się w najtrudniej dostępne zakamarki. Bywa, że nie starczy mu miejsca i ucieka przez oczy, nos, uszy, skórę. Muszę go jakoś zatrzymać, żeby nie skapnął i nie przepalił mi spodni. Chodzę więc w kółko, wydeptując coraz większą dziurę w podłodze. Pewnego dnia spadnę i wystraszę wszystkie szczury z piwnicy.
Nie wiesz, że często obgryzam paznokcie. Czasami aż do krwi, czasami aż do nadgarstków. Gdy dłonie znikają w czerwieni, lubię malować nas posoką na drzwiach od ubikacji. Mnie gołego do kości. Ciebie ubraną po aureolę. Między nami wszystko i jeszcze trochę.
Gdy spadasz z nieba, lądujesz pod moim łóżkiem.
Może dlatego pościel śmierdzi twoimi perfumami, a skarpetki ciągle mi znikają (jak wszystko zresztą). Nieważne. I tak noszę je nie do pary, żeby wmawiać światu, że jestem mniej nudny od ciebie. Ale świat raczej nie daje się nabrać i ciągle pakuje nas do jednej szuflady.
Tej ostatniej. Tej zepsutej, co się nigdy nie domyka.
19.7.2018

czwartek, 19 lipca 2018

Cześć, tato!

Ja: Cześć, tato!
andrzej: witaj skarbie
Ja: Jak ci minął dzień?
andrzej: wszystko dobrze. a jak tobie? myślałaś o mnie?
Ja: Oczywiście, że tak.
andrzej: a teraz o mnie myślisz?
Ja: Jasne.
andrzej: i co czujesz? robisz się mokra tam na dole?
Ja: Jezu...
andrzej: widzę że ci dobrze. wsadziłaś tam paluszek??
Ja: Przecież pisałam, stary pojebie, że nie chodzi mi o nic zboczonego!
andrzej: ta? więc o co ci niby chodzi???
Ja: Wypierdalaj.
KONIEC ROZMOWY


***



Ja: Cześć, tato!
tomeczek: czesc kochanie :)
Ja: Co tam u ciebie?
tomeczek: wszystko dobrze skarbie a u cb? :)
Ja: Słuchaj, mam prośbę... Mógłbyś pisać normalnie?
tomeczek: tzn?
Ja: Używaj kropek, przecinków, dużych liter oraz polskich znaków. Nie pisz też skrótami i przede wszystkim: oszczędzaj emotikonki :) W porządku?
tomeczek: ok sorry :p
Ja: Napiszę do ciebie jutro. Na razie!
tomeczek: pa
KONIEC ROZMOWY
***


Ja: Cześć, tato!
tomeczek: Cześć, kochanie! Jak ci minął dzień?
Ja: W porządku. Miałam dość trudny sprawdzian z matmy. Robimy teraz układy równań i w ogóle tego nie łapię :) Ale generalnie było spoko. A jak tam u ciebie?
tomeczek: Też dobrze, skarbie. W pracy ciężko, jak zwykle, ale nie ma co narzekać. Matmą się nie martw. Poradzisz sobie, mamy przecież wspólną krew :)
Ja: Z ciebie to w ogóle jest umysł ścisły, prawda?
tomeczek: No, bliżej mi do liczenia, niż do pisania wierszy. Ale nie myśl sobie, że byłem jakiś tam okropny z polskiego. Miałem głównie czwórki.
Ja: Tak a propo polaka... Omawiamy teraz "Małego Księcia".
tomeczek: O, moja ulubiona lektura! Może jeszcze obok "Kamieni na szaniec".
Ja: No, jest bardzo piękna. I smutna. I sprawia, że dużo o tobie myślę.
tomeczek: Tak?
Ja: Mhm. Bo mówi o samotności. A ja bardzo za tobą tęsknię, tato.
tomeczek: Ja za tobą też, skarbie. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.
Ja: Więc czemu nie ma cię przy mnie?
tomeczek: Nie napisałaś mi :p
Ja: Słucham?
tomeczek: No, w tej notce z podpowiedziami. Nie napisałaś czemu od was odszedłem.
Ja: O Boże... Wypierdalaj, człowieku.
KONIEC ROZMOWY

***

Ja: Cześć, tato!
duzymis: Dzień dobry kochanie! Co masz na sobie??
Ja: Chuj ci w dupę.
KONIEC ROZMOWY

***

Ja: Cześć, tato!
cyklon1b1: Witaj księżniczko :)
Ja: Jak ci minął dzień?
cyklon1b1: Całkiem dobrze. Mogę cię o coś zapytać? :)
Ja: Jasne.
cyklon1b1: Jak trzeba być zjebanym żeby robić coś takiego? xD Szukasz miłości? xD walisz palcówę jak to czytasz? A może tak naprawdę to jesteś jakimś starym pedałem?
KONIEC ROZMOWY

***

Ja: Cześć, tato!
Średnik: Witaj, kochanie! Jak było w szkole?

16.09.2015

piątek, 13 lipca 2018

Piszę do ciebie z księżyca


Pod nogami mam pył, wokół jedynie ciemność.
Kładę się na ziemi, zwijam w kłębek i próbuję zasnąć. Myślę o tobie.
To wszystko twoja wina. To przez ciebie jestem sama jak palec.

***

Dawniej czułam, że jesteśmy sobie bliskie. Stawałyśmy bok w bok w walce o lepsze jutro, o uporządkowanie wszechobecnego chaosu. Każdy problem był do rozwiązania, w każdej bitwie była szansa na wygraną, jeśli tylko byłyśmy razem.
Rzeczywistość nie miała z nami szans.
I wreszcie zmęczony uśmiech, może ciut wymuszony, ale jednak. Znów się nie dałyśmy, siostro. Kolejna przeszkoda zmyka z podkulonym ogonem, świat stał się na powrót piękny.
Tylko chwilowo, bo życie jest wojną, prowadzoną o każdy moment szczęścia.
Małe radości, kryjące się w ciastkach i spojrzeniach, we wszystkim, co zwyczajne.
Małe smutki, gdy jedna nie daje już rady, a druga musi wziąć ją na grzbiet, przenieść przez problemy, wciągające jak bagno. Łzy, gdy otwierasz po wszystkim oczy.
I małe złości, na które mamy czas tylko, gdy jest spokój. Gdy wszyscy mają pełne brzuchy, a kosmos nie chce skopać nam zadków. Znajdzie się wtedy chwilka na foszek, bo zostawiłam w domu nasz wspólny prezent, bo zjadłam twoje ulubione kalorie, bo tobie również zdarza się czasem coś schrzanić, a ideały nie istnieją.
Tęsknię za tymi kłótniami.
Tęsknię też za godzeniem się.
A najbardziej to tęsknię za tobą.

***

Problem w tym, że nie wszyscy rodzą się normalni. Niektórym namalowano pędzelkiem piętno, innych wszechświat po prostu nie lubi.
Niektórzy widzą w niebie głęboki ocean, ciepły, przyjazny, szepczący, że wszystko będzie dobrze. Inni widzą w nim tylko nieskończoną pustkę.
Niektórzy są dniem, a niektórzy nocą.
Jak wiesz, mam pewne znamię. Niewielką plamkę na boku. Może ta łatka jest moim przekleństwem? Może to właśnie ona skazała mnie na brak zrozumienia?
Z całego serca wierzę, że ciąży na mnie fatum.

***

Co drugi mój uśmiech był fałszywy. Ty się cieszyłaś, a ja połykałam łzy. Ty widziałaś słońce, przebijające się przez chmury, ja patrzyłam na księżyc, starając się przetrwać kolejną samotną, nieprzespaną noc. I radość w końcu zniknęła.
Im lepiej było z nami, tym gorzej było ze mną.
Czułam, że do siebie nie pasujemy. Wiedziałam, że jest jakiś problem, ale nie rozumiałam jeszcze jaki. Aż w końcu doznałam olśnienia.
Ciągnęłam cię na dno.
Bezsenne noce, płacz w poduszkę, rozbijanie luster w gniewie.
Potłuczone szkło wydrapywało twój uśmiech.
Zamierzałam odejść, bo nie chciałam być dla ciebie ciężarem. Nie chciałam być sama, więc nigdy tego nie zrobiłam. Próbowałam się dla ciebie naprawić.
Nie dałam rady, więc zaczęłam cię nienawidzić.

***

Twoja normalność wbiła mi nóż w serce. Byłaś lubiana, a ja krzywdziłam wszystkich, łącznie z samą sobą. Byłaś szczęśliwa, a ja dławiłam się smutkiem.
Żyłaś w blasku słońca. Ja żyłam w twoim cieniu.
Musiałaś widzieć, że nie wszystko jest w porządku. Musiałaś zdawać sobie sprawę, że moja poczytalność umiera. Ale nigdy nie zapytałaś. Nie przeniosłaś mnie przez to bagno. Nie potrafię ci tego wybaczyć. Wątpię, bym kiedykolwiek potrafiła.
W końcu zapragnęłam twojej śmierci. Chciałam oberwać jeszcze bardziej, niż oberwałam do tej pory. Chciałam by wszystko co kocham, przestało wreszcie istnieć.
Nie chciałam żyć. I nie chciałam żebyś ty żyła.
Nienawiść przeżarła mnie na wylot.

***

Teraz jestem tu sama. W pyle, a może popiele. W gruzach tego, kim byłam dawniej. Tak daleko, że dalej już się nie da.
Chciałabym na ciebie spojrzeć, choć wiem, że to niemożliwe.
Chciałabym wiedzieć kim będę, gdy nic już ze mnie nie zostanie. Gdy dawna ja obróci się w nicość, ułożę się od początku, a życie zacznie się wreszcie od nowa.
Drżę na samą myśl, że znów mogłabym kogoś skrzywdzić.
22.4.2016

piątek, 29 czerwca 2018

Człowiek-słoń


Zaćpał mi się ostatnio przyjaciel. Byłem na jego pogrzebie i przedawkowałem pogardę, z którą żegnał go ksiądz. Złośliwe ludzkie szepty przekształciły mi się w uszach w spiralę i tak brzmiały, brzmiały, brzmiały bez cholernego końca. Wielu ludzi nie przyszło nawet na czarno, tylko tak zwyczajnie, z ulicy. Łatwo przyszli, łatwo poszli, rzucając mimochodem coś typu:
- Jaka szkoda. Taki młody chłopak.
Plus naturalnie ploteczki:
- Podobno znaleźli go martwego pod śmietnikiem!
- Nie, nie, mi sąsiadka mówiła, że na klatce schodowej. Dwa dni go nie ruszali, bo myśleli, że spał. W końcu straż miejską wezwali, tamci pogotowie i zabrali go w worku.
Jak śmieć, jak odpad, jak kota, zdrapanego z chodnika.
Nawet świat się nie przejął, bo pogoda po pogrzebie była tak obrzydliwie zwyczajna. Nie za ciepło, nie za zimno. Nie pada, nie wieje, nawet słońce nie praży. Niebo zachmurzone idealnie w pięćdziesięciu procentach. Pewnie księżyc pod wieczór też objawi się w połowie.
Zaś pogrzebanego spotkałem, gdy wracałem do domu.
W sumie nawet się nie zdziwiłem.
- No siemasz - powiedział. - Masz ognia?
Kiwnąłem głową, podałem mu zapalniczkę, wyciągnąłem fajki z kieszeni.
- Jak było w trumnie? - spytałem.
- Zajebiście duszno - odpowiedział, przypalając mentolowego papierosa. Zawsze śmiałem się z niego, że pali jakieś gówno dla pedałów i gospodyń domowych. Nie przejmował się, bo był z dziesięć pięter ponad to. - No a jak było na pogrzebie?
- Tak samo. - Zapaliłem swojego. - I nikt nawet nie urządził ci stypy.
- No ba! - prychnął. - A kto miałby, kurwa, urządzić? Połowa znajomych posrała się z radości, rodzina nie ma grosza przy duszy, a ciebie nikt nie lubi i nikt by nawet nie przyszedł.
- W sumie racja. Poza tym też nie mam grosza przy duszy.
Zaciągnąłem się z całych sił, wykorzystując każdy nanometr sześcienny płuc. Aż dym zamieszkał mi w gałkach ocznych, w końcówkach włosów, w paznokciach u stóp. Aż wypełnił wszystkie pory i wydostał się przez uszy. Aż mój egzystencjonalny rak porzygał się z przejedzenia.
- Czego właściwie chcesz? - spytałem.
- Chciałem sprawdzić, czy wyrzuty sumienia powiesiły cię już na żyrandolu. Gdyby to zrobiły, to chętnie bym cię trochę podyndał, by uczcić stare dobre czasy.
- To nie moja wina, że się zabiłeś, pojebie.
- Wmawiaj to sobie dalej. Jak zobaczysz dziecko tonące w Wiśle, to też pójdziesz sobie i powiesz, że to nie ty wpierdoliłeś je do wody. Taki już z ciebie typ. Poncjusz, kurwa, Piłat. Wiedziałeś, ale nie zadzwoniłeś. Urwałeś kontakt, gdy życie mi się zjebało. Udawałeś, że nie istnieję.
- To był twój wybór, stary. Ja ci nie wpychałem strzykawki w dłoń.
- Ani jej nie zabrałeś. - Splunął na chodnik żółtą, kleistą flegmą. - Mój wybór, kurwa, mówisz? Jasne. Całe życie wybieram kamień przeciwko papierowi, bo tak mi się podoba. A ludzie mówią: brawo stary, chwytaj stery swojego życia! Jak chcesz, to napierdalaj głową w ścianę!
- Wracaj do grobu i daj mi spokój - poprosiłem grzecznie.
- Żebyś dalej mógł być zjebem bez przyszłości i przeszłości? Tak jak sobie wybrałeś?
- Ja leczę się psychotropami, a nie zaleczam heroiną.
- Ja po heroinie byłem szczęśliwy, a ty po psychotropach zepsuty. Taką masz, kurwa, terapię. Unikanie, uciekanie, spierdalanie. Jak wtedy, gdy zobaczyłeś mnie na przystanku. Kaptur na głowę i chuj, wcale mnie tu nie ma. Chociaż widziałeś, że wkrótce zdechnę.
Nie odpowiadaj. Nie odpowiadaj. Nie odpowiadaj.
- Przepraszam - odpowiedziałem.
- Ciut za późno, ale dobra, niech ci będzie. - Uśmiechnął się w naprawdę obrzydliwy sposób, od ucha do ucha, jak Grinch. Zawsze się tak uśmiechał, a ja zawsze odwracałem wtedy wzrok. Bałem się, że wszystkie pryszcze na jego twarzy popękają i zaleją mnie wodospadem ropy. - Potowarzyszę ci jeszcze, chłopie. Odprowadzę cię do domu, dobra?
- Jasne. Powspominamy stare dobre czasy.
I szliśmy tak sobie, ja od strony bloków, on od strony jezdni. On opowiadając zabawne historie z naszego wspólnego życia, ja milcząc, chichocząc tylko co parę chwil. Aż w końcu weszliśmy na wyjątkowo ruchliwą ulicę. Aż zobaczyłem samochód, zapieprzający jak błyskawica.
Auto walnęło w mojego martwego ziomka ułamek sekundy po tym, jak go popchnąłem. Odrzuciło go na parę metrów, rozbiło głowę jak arbuza, a potem przejechało jeszcze po nim i zakopało w jego ciele jak w błocie. Próbowało wycofać, wywołując fontannę krwi.
I każda kropla spadła na mnie. I paliła jak pierdolony kwas.
Wszędzie był dym, wszędzie był ból i zapach palonego ciała. Próbowałem się otrzeć, ale palce grzęzły mi w roztopionej skórze. Chciałem wrócić do domu, albo pójść do szpitala, ale zabłądziłem w kłębach szarości. Nie mogłem się nawet dotknąć, bo dawno już wyżarło mi opuszki palców.
W końcu uderzyłem w jakąś szybę. Przejrzałem się w niej.
No jasne. Stopiło mi całą twarz. Wyglądałem jak jebany człowiek-słoń.
27.4.2018

piątek, 1 czerwca 2018

Hieny

Wszystko zaczęło się, gdy dziecko wypadło mi z trzeciego piętra.
A właściwie nie wypadło, tylko wyszło, zwabione jakimś widoczkiem za oknem, być może przelatującym ptaszkiem, spieszącym do gniazda. Trudno mi teraz powiedzieć, a jego już nie zapytam. Tak czy inaczej wyszło, kwiląc rozkosznie, a potem runęło w dół jak cegła, by zakończyć podróż dźwiękiem przypominającym rozkwaszanie arbuza. Stało się kuriozalnym, powykręcanym kształtem, kolejnym na mojej ulicy, gdzieś pomiędzy zabitym przez kota ptakiem, a wygniecioną foliową torbą. Nie zdążyłam go ocalić, bo spławiałam wtedy nieszczęsnego świadka jehowy, który stał się przez to pośrednio odpowiedzialny za jego śmierć.
Zapach padliny zwabił hieny. Przyszły pod mój dom niedługo po zdarzeniu, oblazły kamienicę ze wszystkich stron, wyjąc i błagając o jakiś maleńki ochłap.
Na początku nie rzucałam im nic. Nie dawały mi jednak spokoju, nieustannie szarpały spódnicę, nękały rodzinę oraz znajomych. Gryzły, szczekały i robiły pod siebie z radości, gdy udało im się chociaż polizać. A ja nie wytrzymywałam.
Rzuciłam więc palec. Zachciały całej ręki. Dałam im ją.
I tak oto odebrały mi wszystko. Najpierw pożarły gnijące resztki mojego dziecka, a potem szybko zaczęły podgryzać mnie. Stałam się ich niewolnicą, byłam na każde zawołanie. Kiedy chciały gwałcić, wypinałam się. Kiedy tylko posmakować, wchodziłam im pod jęzor. A gdy miały ochotę odgryźć mi rękę, to sama ją odrzynałam i rzucałam im z uśmiechem.
I tak zjadały mnie po kawałeczku, aż została tylko plama krwi.
Bul bul bul.
Więc wychłeptały ją i wyrzygały, by móc jeszcze skorzystać.

30.07.2014